Wprowadzić pod dach gościnnego i ufającego nam plantatora człowieka, nie tylko o nie znanym nam nazwisku (chociaż to najmniejszy szkopuł, bo w tamtych stronach można było przybrać sobie nazwisko, jakie kto chciał), lecz o którym nie wiedzieliśmy dosłownie nic! Ruszyliśmy teraz już w trójkę ku dalekiemu celowi i muszę bezstronnie przyznać, że nieproszony towarzysz wcale nam nie przeszkadzał. Wprost przeciwnie — pomagał. A ta pomoc zaiste nie dała się niczym zastąpić. Pierwszy nasz nocleg na terytorium Meksyku wypadł obok opuszczonej chaty, tak okropnie brudnej, że woleliśmy spać na dworze. W budzie tej (bo trudno by nazwać to inaczej) koczował półdziki meksykański kaboklo, który w środku nocy tajemniczo znikł. Zapewne to on ściągnął na nas bandę, jedną z rozbójniczych watah, jakich wiele wówczas krążyło w tych stronach. Przecież były to niespokojne dla Meksyku czasy rządów generała Porfirio Diaza, obfitujące w zbrojne starcia między zwolennikami a przeciwni- karni generała. Bardzo często pod jednych i pod drugich.