Oto Bede dostarczył szeryfom aż dwunastu przestępców. Wszystkich... martwych! Zwierzył mi się — a nawet przez chwilę nie wątpiłem w szczerość tych zwierzeń — że każdemu ze ściganych „dawał szansę". To znaczy ujawniał swój zamiar i czekaj, aż tamten wyciągnie broń wówczas i on wydobywał z kabury swego colta, a ponieważ był szybszy i posiadał lepsze oko, zawsze w pojedynku wygrywał. Mówił mi q tym z takim spokojem i z tak niewinną miną, jakby sprawa dotyczyła trofeów myśliwskich lub łowienia ryb! Wcale nie dostrzegał paskudnej strony tego rodzaju pomocy udzielanej oficjalnemu wymiarowi sprawiedliwości. Do El Paso przybył tropiąc kolejnego trzynastego bandytę. Jednak udzieliwszy nam pomocy w saloonowej bójce musiał zrezygnować z przyobiecanej listem gończym nagrody siedmiuset dolarów za dostarczeniem przestępcy „martwego lub żywego". Jestem pewien, że i tym razem byłby to przestępca martwy. Jeśli sposób, w jaki Bede służył prawu, można zwać zaskakującym (dla mnie był przerażający), to życiowa ścieżka.